międzynarodowa finansjera – Niepoprawne Radio PL http://niepoprawneradio.pl Tego nie usłyszysz nigdzie indziej Sun, 02 Mar 2014 15:17:23 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=5.8.4 A tymczasem na Islandii… http://niepoprawneradio.pl/?p=7869 http://niepoprawneradio.pl/?p=7869#respond Sun, 02 Mar 2014 15:17:23 +0000 http://niepoprawneradio.pl/?p=7869 Czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze z kryzysem, gdyby była w UE i strefie euro?

Islandia herb

I. Islandzka podmiotowość

Wśród dramatycznych doniesień z pro-unijnego „Euromajdanu” zginęła jakoś informacja o zapowiedzianym przez rząd Islandii wycofaniu wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej. Przypomnijmy, iż negocjacje zapoczątkowane w czerwcu 2010 roku przez lewicowy rząd socjaldemokratów i Zielonej Lewicy zostały zawieszone w ubiegłym roku przed wyborami parlamentarnymi. Obecnie zaś centroprawicowa koalicja zadecydowała o rezygnacji ze starań akcesyjnych.

Z tej historii płyną dwa wnioski. Po pierwsze, niewielka Islandia dochowała się elit, które dbają o interes własnego kraju i zdają się być odporne na zagraniczne naciski. Nie dały się skorumpować wizją brukselskich apanaży, a jeśli nawet ciągoty do unijnych grantów i splendorów gdzieś siedziały im w głowach, to wybiło im je islandzkie społeczeństwo, które niezmiennie jest przeciwne wejściu ich kraju do UE. Mamy więc do czynienia z rzadko dziś spotykaną podmiotowością i odpornością na propagandowe manipulacje.

Po drugie, Islandczycy dali się poznać jako naród skrzętny i praktyczny. Kwestię wejścia do Unii Europejskiej potraktowali jako interes, a nie w kategoriach mętnej, pan-europejskiej ideologii. Islandia bowiem uzależniona jest od rybołówstwa. Ryby stanowią trzy czwarte islandzkiego eksportu, rocznie poławia się ich ok 2 mln. ton, a tamtejsze wody są najczystsze na świecie. Islandczycy są zresztą na punkcie swej przyrody bardzo wyczuleni, skoro pieczołowicie dbają nawet o siedliska elfów i potrafią wstrzymać budowę autostrady, jeśli ta ma przebiegać przez „elfie” terytoria… Jest to zatem melanż praktycyzmu i swoistej mistyki, spod której… również wyziera praktycyzm – bo jeśli zdewastują swoją przyrodę, to kto zechce przyjeżdżać i podziwiać gejzery na wyspie słynącej poza tym głównie ze skrajnie surowego klimatu?

Dodajmy jeszcze, iż bezpośrednio połowem para się ok 7% zatrudnionych, ale do tego należy doliczyć silnie rozwinięty na bazie rybołówstwa przemysł. I pouczająca ciekawostka – wedle islandzkiego prawa, przedsiębiorstwa z branży rybołówczej mogą być własnością wyłącznie Islandczyków, lub spółek przez nich założonych. Podobne ograniczenia dotyczą również kilku innych sektorów (np. energetyki).

II. Wara od naszych łowisk!

Wejście do Unii wiązałoby się nie tylko z dopuszczeniem innych państw do islandzkich łowisk, ale z przyjęciem całej brukselskiej „czapy” biurokratycznej z kwotami połowowymi, redukcją branży rybackiej, normami… Oznaczałoby to zniszczenie podstawy gospodarki i ekonomiczną degradację wielkiej części narodu. Wystarczy sobie przypomnieć jak przystąpienie do Unii załatwiło polskie rybołówstwo, by zrozumieć postawę Islandczyków.

Tymczasem, co ma Islandii do zaoferowania Unia? Szersze otwarcie rynków? Islandia i tak współpracuje z UE w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego, a poza tym ryby można sprzedawać gdzie indziej. Co jeszcze zatem? Fundusze strukturalne? Pieniądze na „przebranżowienie” islandzkich rybaków, którzy straciliby w wyniku akcesji podstawy niezależnej, ugruntowanej tradycją egzystencji? A jak tam powiodło się przebranżowienie polskich rybaków? Albo górników? Wszystkie te unijne dobrodziejstwa zaś obwarowane są biurokratycznymi barierami do przełamywania których trzeba by zatrudnić legion nowych urzędników bez gwarancji powodzenia w staraniach o fundusze. Przykładowo, Polska wg danych z 2013 roku zdołała wykorzystać zaledwie niespełna 60% środków w ramach polityki spójności, co i tak daje nam stosunkowo wysoką, siódmą lokatę wśród krajów Unii. Jednym słowem, z punktu widzenia Islandii są to jakieś śmiechu warte plewy. Wszystkie te brukselskie cukierki zwyczajnie nie są potrzebne 300-tysięcznej wyspie, która i bez tego (a może – mimo tego?) niezmiennie znajduje się w czołówce rankingów dotyczących poziomu życia obywateli. Nie bez znaczenia jest też stosunkowo świeżej daty niepodległość Islandii, której poważnym ograniczeniem byłoby wejście w unijne struktury.

Wygląda więc na to, że europejska integracja byłaby tu głównie interesem dla krajów Unii z silnie rozwiniętym rybołówstwem i odpowiednich koncernów, które mogłyby się dorwać do islandzkich łowisk, wygryzając z nich tamtejszych rybaków. Świadczy o tym nieustępliwość Brukseli w tej właśnie kluczowej kwestii. No, ale trzeźwo myślący (choć sporo pijący) Islandczycy nie dali się złamać – okazali się mądrzy przed szkodą.

III. Islandzki sposób na kryzys

Na zakończenie jeszcze jeden wątek z niedawnej przeszłości. Otóż Islandia w modelowy sposób poradziła sobie z kryzysem finansowym, który uderzył w nią w 2008 roku. Początkowo wprawdzie islandzkie władze zachowywały się podobnie jak inne rządy, czyli starały się za wszelką cenę ratować grandziarzy i żebrały gdzie się da o pożyczki, jednak wkrótce pod wpływem rozmaitych okoliczności zmuszone zostały do zmiany polityki. Mianowicie, zamiast ładować pieniądze w instytucje „zbyt wielkie by upaść” pogłębiając tym samym finansową degrengoladę kraju i zadłużając się na koszt przyszłych pokoleń (jak zrobiły kraje UE, czy Stany Zjednoczone), rząd Islandii zwyczajnie pozwolił zbankrutować trzem największym bankom (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie znacjonalizował je i objął zarządem komisarycznym. Rządowe pieniądze natomiast poszły do ludzi – zwykłych klientów, którzy potracili swe majątki. Zwrócono im depozyty, właścicielom zadłużonych nieruchomości zaproponowano umorzenie długów przekraczających 110% ich wartości, w końcu zaś Sąd Najwyższy (rok 2010) uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne.

To jeszcze nie koniec. Początkowo islandzki rząd zamierzał spłacić zagranicznych wierzycieli upadłych banków, ale wtedy na ulicę wyszli obywatele, którzy stanowczo odmówili zaspokajania międzynarodowych spekulantów z pieniędzy publicznych. Petycję do prezydenta podpisała 1/5 mieszkańców, a nieco później rządowy projekt legislacyjny (tzw. „ustawę kompensacyjną”) utopiono w referendum. Zagraniczne „rynki” finansowe nie otrzymały ani jednej islandzkiej korony. Zamiast tego sprywatyzowano ponownie dwa z trzech znacjonalizowanych banków (Kaupthing Bank, Glitnir Bank) przekazując je wierzycielom (a właściwie, działającemu w ich imieniu syndykowi) – niech sobie radzą z bankrutami. W międzyczasie, islandzki rząd pożyczył 6 mld dolarów od MFW i kilku europejskich krajów (w tym Polski – nasz udział to ok. 200 mln USD). Dla kraju o skrzętności i potencjale Islandii owe 6 mld pożyczki jest sumą jak najbardziej do spłacenia – tym bardziej, że odpadło uwikłanie w demoralizujące i kosztowne „ratowanie” spekulantów. Do tego doszło niezbędne cięcie wydatków – a Islandia akurat miała z czego ciąć. Efekt? W ciągu kilku lat deficyt budżetowy spadł poniżej 2% PKB (z 13,5% w 2009), bezrobocie spadło o połowę i wynosi 5%, a wzrost gospodarczy wynosi 2,5%.

Pytanie retoryczne – czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze, gdyby była w UE i strefie euro? I może właśnie dlatego w mediach tak cicho było i jest nadal o islandzkiej recepcie na kryzys – gdyby zaczęły ją wdrażać inne kraje, to finansowa międzynarodówka oraz idące na jej pasku „struktury międzynarodowe” mogłyby zwijać interes polegający z grubsza na żyłowaniu z wypracowanego bogactwa narodów na kilka pokoleń do przodu.

Krótko mówiąc – jest się od kogo uczyć. Tylko chętnych do nauki jakoś nie widać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

]]>
http://niepoprawneradio.pl/?feed=rss2&p=7869 0
Orban na linie http://niepoprawneradio.pl/?p=7789 http://niepoprawneradio.pl/?p=7789#respond Wed, 19 Feb 2014 18:59:30 +0000 http://niepoprawneradio.pl/?p=7789 Trzeba się zastanowić jaką propozycję możemy złożyć Węgrom, by po zmianie władzy w Polsce opłacało im się stworzyć wraz z nami wspólny front.

Nieznany obiekt

I. Sprzysiężenie

Grzegorz Górny opublikował tekst w którym donosi, iż węgierska lewica postanowiła zewrzeć szyki przed kwietniowymi wyborami, by wspólnie odsunąć od władzy Fidesz i Viktora Orbana. W dziele zjednoczenia wiodącą rolę odegrał znany węgierski spekulant narodowości „kupieckiej” George Soros, futrując finansowo opozycję. Jak podaje tygodnik „Heti Valasz” „tylko w 2012 roku instytucje związane z George’m Sorosem przekazały soc-liberalnej opozycji pół miliarda forintów” – czyli, ponad milion sześćset tysięcy euro. Obecnie zjednoczona lewica osiąga w sondażach ok 22% poparcia, zaś Fidesz 28%. Czyli – wynik wyborów wcale nie jest taki pewny.

Cóż, skoro w węgierskie wybory zaangażował się Soros, to należy domniemywać, że czynni są tam również szatani dużo cięższego kalibru, których eksponentem jest finansista. Jak bowiem twierdzi w „Wojnie o pieniądz” Song Hongbing, Soros jest jedynie „komandosem”, wysłańcem do specjalnych poruczeń prawdziwych macherów z londyńskiego City i Wall Street, którzy sami wolą pozostawać w cieniu. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na przytoczoną przez Górnego wypowiedź angielskiego filozofa Rogera Scrutona, który oznajmił w zeszłym roku podczas wykładu w Węgierskiej Akademii Nauk: Istnieje sprzysiężenie przeciw waszemu krajowi”. Najprawdopodobniej zjednoczenie soc-liberalno-postkomunistycznej lewicy za pieniądze przekazane przez Sorosa jest jednym z efektów owego „sprzysiężenia”, które dąży do ponownej politycznej i gospodarczej kolonizacji Węgier rękoma krajowych kolaborantów. Dobrze obrazuje to skalę wyzwań i zagrożeń, którym musi sprostać Viktor Orban.

II. Szkodliwe projekcje

Powyższe koresponduje mi z nieco wcześniejszym tekstem Igora Janke „Viktor Orban popełnił strategiczny błąd”, w którym dał on wyraz swojemu rozczarowaniu, że węgierski przywódca zachowuje się nie tak jak trzeba – zupełnie jakby nie wiedział, czego od niego oczekuje redaktor Janke, autor książki „Napastnik”. Redaktor Janke i jemu podobni oczekują zaś ni mniej ni więcej tego, by Orban splunął na uwarunkowania międzynarodowe w jakich przyszło mu funkcjonować i poszedł razem z nami na Moskwę bić się o wolność waszą i naszą. Majaczy tu wizja jakiegoś wspólnego antyrosyjskiego frontu tworzonego przez orbanowskie Węgry i polską opozycyjną prawicę, co do której nawet nie mamy pewności, czy wygra przyszłoroczne wybory, a jeśli nawet, to w jakim rozmiarze.

Taki sojusz z polskiego punktu widzenia byłby oczywiście pożądany, zapominamy tylko o jednym: jaką ofertę może Polska złożyć Węgrom, by podobny ruch im się opłacał? Wybudujemy gazociąg z przyszłego terminala LNG w Świnoujściu do Budapesztu? Postawimy atomową elektrownię nad Balatonem? Udzielimy korzystnego kredytu przebijając ofertę Rosjan lub na przykład Chińczyków? Póki co bowiem możemy im zaoferować jedynie wycieczkę Klubów „Gazety Polskiej” z Tomaszem Sakiewiczem pozującym na jakiegoś nowego Józefa Bema. I co, z wdzięczności za pociąg klubowiczów „GaPola”, którzy nawet nie mogą zagłosować na Fidesz, Orban wiedziony romantycznym porywem, każe się Putinowi bujać?

Widzę w tym wszystkim echa skrajnie naiwnej polityki każącej wierzyć, że gdy zrobimy coś miłego dla innego państwa, to ono odwdzięczy się nam tym samym. Tego typu projekcje zawsze kończą się rozczarowaniem, o czym mogliśmy się przekonać choćby w przypadku ekipy „pomarańczowych” na Ukrainie – Julia Tymoszenko zawarła gazowy deal z Rosją wpędzający Ukrainę ostatecznie w orbitę rosyjskiej energetyki, a tonący Juszczenko chwycił się brzytwy dowartościowując neo-banderowców.

III. Ryzykowny taniec

Tymczasem, sytuacja Węgier i Orbana wygląda następująco: z jednej strony ma przeciw sobie sprzysiężenie międzynarodowej finansjery oraz pozostającego w znacznej mierze na jej usługach politycznego establishmentu wiodących europejskich stolic i Brukseli, do tego węgierską piątą kolumnę pozostającą na obcym jurgielcie; z drugiej natomiast ma Rosję, która składa konkretną ofertę – budujmy razem elektrownię i gazociąg, oferujemy na inwestycje korzystny kredyt – wchodzicie w to? Oczywiście, Rosja liczy na przywiązanie w ten sposób do siebie Węgier i polityczne profity. Tylko jaki wybór ma w tym wszystkim Orban? Trzymać równy dystans do Moskwy i Brukseli? Węgry, znajdujące się między młotem a kowadłem starają się właśnie coś takiego robić – na ile jest to możliwe dla kraju uginającego się pod ciężarem trudnej sytuacji finansowej będącej spuścizną postkomunistycznych poprzedników. To i tak cud, że Orbanowi udaje się krok po kroku dekolonizować gospodarkę.

Sukcesem była przedterminowa spłata pożyczki z MFW po której Węgry grzecznie acz stanowczo podziękowały tej organizacji za współpracę. To nie jest bowiem tak, że tylko Ruscy prowadzą neoimperialną politykę. Identyczną strategię mają międzynarodowe instytucje finansowe i stolice „starej Unii” ze szczególnym uwzględnieniem Berlina, dla których obszar postsowiecki jest celem gospodarczej i politycznej kolonizacji. Nie sądzę, by Orban nie zdawał sobie sprawy z celów zarówno Rosjan, jak i Zachodu – to polityk pragmatyczny do bólu, a nie jakiś neoromantyk, jakim chcieli go widzieć przedstawiciele naszej prawicowej sceny.

W tym kontekście naiwne przestrogi, którymi raczy nas Igor Janke brzmią rozbrajająco. Pisze on bowiem: „To (węgierska umowa z Rosatomem i poparcie dla South stream – przyp. GG) oznacza ułatwienie Rosji wbijanie klina w Europie, rozgrywanie przez Moskwę Zachodu, dzielenie Unii. To porozumienie ułatwia Putinowi prowadzenia polityki bilateralnej z państwami europejskimi zamiast polityki z całą UE, co dla Moskwy jest dużo mniej wygodne.” I wszystko niby racja, z jednym zastrzeżeniem – Bruksela, która gotowa jest utopić Orbana w łyżce wody, miałaby w imię wspólnotowych interesów chronić Węgry przed Putinem? Akurat, już prędzej wkopałaby Orbana do politycznego grobu, a potem ustaliła sobie z Rosją jakąś formę polityczno-gospodarczego kondominium z postkomunistyczną lewicą u władzy w charakterze obrotowych kolaborantów – czyli mniej więcej tak, jak miało to miejsce przed erą Orbana.

Dlatego też Orban zmuszony jest do balansowania na linie. Przeciwwagą dla jawnie wrogiej Unii i światowego banksterstwa staje się Rosja. To skrajnie ryzykowny taniec – wyemancypować gospodarkę narodową od dotychczasowych wpływów i uniknąć zarazem bezpowrotnego osunięcia się w niedźwiedzie objęcia Rosji – który może się skończyć różnie. Ale, patrząc realistycznie z węgierskiej perspektywy, trudno tu znaleźć inne wyjście. Jeśli zaś chodzi o perspektywę naszą, to zamiast rozdzierać szaty, trzeba się zastanowić jaką propozycję poza kilkoma gestami możemy złożyć Węgrom, by po zmianie władzy w Polsce opłacało im się przynajmniej w jakiejś mierze stworzyć wraz z nami wspólny front emancypacji Europy Środkowej.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

]]>
http://niepoprawneradio.pl/?feed=rss2&p=7789 0
Aukcja Polski http://niepoprawneradio.pl/?p=7748 http://niepoprawneradio.pl/?p=7748#respond Sun, 16 Feb 2014 11:58:48 +0000 http://niepoprawneradio.pl/?p=7748 Mamy do czynienia z permanentną aukcją Polski – jej zasobów, oraz obecnych i przyszłych dochodów obywateli. Aż do nieuchronnego końca.

Nieznany obiekt

I. Utarczka o rentowność

Niedawno, na stronach „Rzepy”, wpadł mi w oko taki oto tytuł: „Słaba aukcja polskiego długu”. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż Ministerstwo Finansów, by pokryć planowany deficyt, wystawia na sprzedaż rządowe papiery dłużne oferując nabywcom określoną „rentowność”, czyli oprocentowanie. Tu jednak jest haczyk. Potencjalni kupcy przez brak popytu mogą wymusić na rządzie zwiększenie „rentowności”, czytaj – oprocentowania obligacji. Jeśli rząd jednak uzna, że proponowane przez „inwestorów” warunki są nie do przyjęcia, to wycofuje się ze sprzedaży części obligacji.

I jedna z takich właśnie cyklicznych „aukcji długu” odbyła się w ostatni czwartek (13.02.2014). Dlaczego według „Rzeczpospolitej” była ona „słaba”? Ano dlatego, że mimo iż popyt nabywców opiewał na papiery o wartości ok. 6 mld zł, to Ministerstwu Finansów udało się sprzedać obligacje za jedyne 3 mld. Powód? „Inwestorzy” oczekują papierów bardziej „rentownych” – innymi słowy, wyżej oprocentowanych – na co z kolei nie godzi się rząd, gdyż oznaczałoby to wypłacanie nabywcom wyższych odsetek i w konsekwencji podrożenie obsługi polskiego zadłużenia – przykładowo, w 2012 roku koszt obsługi długu wyniósł więcej niż wpływy z podatku PIT.

Zresztą, rząd i tak zmuszony był podnieść rentowność obligacji. „Rzepa” podaje, iż w stosunku do przetargów styczniowych oprocentowanie obligacji pięcioletnich wzrosło z 3,69% do 3,88%, a dziesięcioletnich z 4,34% do 4,54%. Oprocentowanie obligacji zeszłorocznych było jeszcze niższe.

II. Pod presją finansjery

Cóż to oznacza? Oznacza to, że polskie papiery wartościowe powoli, ale wyraźnie tracą zaufanie „rynków” – czyli spekulantów skupujących nasze długi. W ostatnim czasie zagrały tu dwa czynniki. Pierwszy, to przekazanie do ZUS funduszy z OFE i umorzenie obligacji będących w ich „portfelu” – jeszcze w 2012 roku obligacje Skarbu Państwa stanowiły ok. 45% aktywów OFE na sumę ok. 118 mld zł. „Nacjonalizacja” obligacji pokazała czarno na białym jak tragiczna jest sytuacja finansów państwa, niezależnie od księgowych sztuczek. Czynnikiem drugim jest natomiast obowiązujący od lutego zakaz kupowania przez OFE dłużnych papierów skarbowych, co sprawia, że głównym ich nabywcą stają się pomioty zagraniczne – i to one będą dyktować warunki, czyli wymuszać na polskim rządzie podnoszenie „rentowności”. Obecnie udział inwestorów zagranicznych w polskim długu przekracza 40% i będzie nieuchronnie wzrastał. Jak niebezpieczna jest to sytuacja nie trzeba chyba tłumaczyć.

Oczywiście, mamy tutaj diabelską alternatywę – z jednej strony ZUS-owski bankrut, z drugiej – finansowy pasożyt, czyli OFE zasysający część składki emerytalnej i powiększający tym samym dziurę w finansach ZUS-u, nie dając w zamian w zasadzie niczego przyszłym emerytom. Co więcej, od czasu orzeczenia Sądu Najwyższego z 2008 roku stwierdzającego, że pieniądze gromadzone w OFE są środkami publicznymi a nie własnością ubezpieczonego i nie mogą być wypłacone obywatelowi na żądanie, mieliśmy tak naprawdę do czynienia z haraczem rozbitym na dwa „filary” płaconym dwóm różnym instytucjom, tyle że jedna z części owego haraczu została „sprywatyzowana” przynosząc profity z obracania nią garstce grandziarzy.

III. „Chwilówki” dla Polski

Powyższe pokazuje jak zbrodniczym procederem jest zadłużanie państwa – szczególnie, gdy uzyskane w ten sposób środki nie idą na inwestycje, tylko na przejedzenie. To coś jak „chwilówki” zaciągane, by poratować doraźnie rodzinny budżet, a które potem trzeba spłacać z lichwiarskim procentem – bo jak nie, to komornik ogołoci dom do czysta. Rządowe „chwilówki” jeszcze trzymają akceptowalny poziom oprocentowania (choć już nie rozmiar – rząd Tuska z Janem Vincentem przez niespełna 7 lat niemal podwoił polski dług publiczny), ale to oprocentowanie na skutek presji „inwestorów” będzie rosło – i to głównie na rzecz międzynarodowych spekulantów.

Opisana na początku „aukcja długu” jest wielce wymownym sygnałem, bowiem de facto międzynarodowa finansjera postawiła rząd pod ścianą: albo zwiększycie „rentowność” waszych papierów dłużnych, albo nie będziecie w stanie sfinansować deficytu. A żeby spłacać obligacje o podwyższonej „rentowności”, plus zaspokajać bieżące potrzeby rozdętego do granic absurdu państwa, zaciągać trzeba będzie kolejne długi na coraz wyższy procent… i tak dalej. Korkociąg długu. W tym kontekście dodatkowo niepokoi informacja, że podczas uzupełniającej aukcji Ministerstwo Finansów zdołało opchnąć obligacje na kolejny miliard – ale nie podano na jakich warunkach.

Mamy więc do czynienia z permanentną aukcją Polski – jej zasobów oraz obecnych i przyszłych dochodów obywateli. Aż do nieuchronnego końca.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/korkociag-dlugu

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

]]>
http://niepoprawneradio.pl/?feed=rss2&p=7748 0