zbrodnie – Niepoprawne Radio PL http://niepoprawneradio.pl Tego nie usłyszysz nigdzie indziej Wed, 25 Feb 2015 10:42:23 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=5.8.4 In hoc signo vinces http://niepoprawneradio.pl/?p=10326 http://niepoprawneradio.pl/?p=10326#respond Wed, 25 Feb 2015 10:42:23 +0000 http://niepoprawneradio.pl/?p=10326 In hoc signo vinces – Pod tym znakiem zwyciężysz. Ta pełna ufności Bogu inskrypcja, wpisana w krzyż Koptów, dziś na oczach świata, który mieni się być chrześcijańskim, poddawana jest próbie krwi i ognia.

Jeszcze nie minęła zgroza morderstwa na 21 Koptach, gdy bojówki Państwa Islamskiego spaliły żywcem 50 irackich cywilów. Świat milczy, nie ma marszy z prezydentem UE, Angelą Merkel i Holandem. Nie ma transparentów: Je suis Copte! Je suis chrétien!
Tymczasem Internet pełen makabrycznych obrazów egzekucji. Wiemy, że są rozjeżdżani transporterami, krzyżowani, cięci na kawałki, zakopywani żywcem. Patrzymy bezsilni i wracamy do swoich spraw.
Nie wszyscy, oczywiście. Organizowana jest pomoc, trwają przy nich misjonarze, przyjmowani są uciekinierzy, ale to kropla tego, co naprawdę trzeba uczynić.
To prawda, że nie odpowiemy im tym samym, tacy jesteśmy, tego nauczył nas Chrystus, ale ofiary islamskiego bestialstwa potrzebują naszej modlitwy i obrony.
Czy dopominamy się o to od organizacji światowych, czy organizujemy się w masowych protestach?
Owszem, media podają informacje, ale za nimi nie kryje się ani masowe oburzenie, ani skuteczna obrona. Dziwnie opieszale wygląda wojna z islamskimi mordercami.

Egipscy Koptowie przed śmiercią krzyczeli: „Jezu! Jezu! Jesteśmy Twoi!”

Nikt z nas, wylegujący się w niedzielny ranek i odkładający czasem udział w mszy św. nie wie, jakby się zachował w chwili śmierci.
Jedno jest tylko pewne, możemy już dziś modlić się do nich prosząc o wyjednanie wiary żywej, wiary, która nie ucieka w faryzeuszowskie dyskusje. Wiary, która obroni nie tylko sakramentalną jedność małżeństwa i sacrum liturgii. Wiary, która decyduje o naszych wyborach i wierności Bogu.
Tylko czy wszyscy jej pragną? Pytanie retoryczne. Nie musimy za bardzo rozglądać się, by dojrzeć, jak bardzo jesteśmy podzieleni w przyjmowaniu Bożych przykazań i życia według Ewangelii. Jak bardzo, zamiast Boga na pierwszym miejscu, stawiamy siebie i swoje oczekiwania, racjonalizujemy swój grzech i głośno domagamy się, by inni zrobili to samo. Nie trzeba sokolego wzroku, by dojrzeć, że modlimy się o swoje a nie Boże prawdy w nas.
Zastanawiam się; co by było, gdyby tak u nas przy I komunii świętej wprowadzono rytuał tatuażu krzyża na ręce, by przypominał, że należymy do Jezusa?
Już słyszę ten krzyk oburzenia. Nie warto jednak zastanawiać się nad nim, raczej zapytajmy, co dla nas ów tatuaż znaczyłby; pamiątkę z dzieciństwa, dawno zakurzone sumienie, a może kłopotliwe znamię, które trzeba usunąć?
Dla Koptów wytatuowany na ręce krzyż to wierność Chrystusowi aż do śmierci.
Myślę o tym, kiedy czytam ot, choćby takie tytuły w poświęconych portalach: „Diabeł nienawidzi mszy trydenckiej”.
Rozważań na temat wyższości rytu mszy trydenckiej namnożyło się bez liku. Mówiąc o tym niektórzy czują się lepsi, bardziej wierzący, nobilitowani, nie to co to pospólstwo, które nie umie nawet przeżegnać się po łacinie.
To prawda, że uniwersalny język liturgii łączył katolików. Prawdą jest też, że w seminariach duchownych z nauką łaciny wielu alumnów jest na bakier, ale gdy ksiądz twierdzi, że diabeł nienawidzi mszy trydenckiej, to trudno zachować powagę. W każdym razie na mój posoborowy nos, nie tyle nienawidzi kusy mszy trydenckiej, ile Słowa Bożego wyrytego w sercach niczym niezmywalny tatuaż Koptów.
Boi się bezkrwawej Ofiary składanej na ołtarzu bez względu na język, jakim włada kapłan. Boi się, kurczy i zwija ze złości, gdy Ciało Chrystusa przyjmuje lud Boży. I właśnie dlatego podsuwa nam nieustannie dyskusje nie o tajemnicach wiary, a o wyższości jednego rytu mszy świętej nad drugim, o sposobie przyjmowania komunii świętej.
A odpowiedz jest tylko jedna – Jeśli wierzysz, że w tej kruszynie chleba kryje się twój Zbawca, będziesz wiedział, jak Go powitać. Nikt nie będzie musiał cię strofować. Sam padniesz na kolana i nie będziesz się rozglądał czy równie nabożnie przyjął Eucharystię twój sąsiad.
Owszem, zgadzam się z wieloma opiniami na temat desakralizacji zarówno mszy jak i braku należytego szacunku dla Najświętszego Sakramentu. Przykładów takiego lekceważenia Instrukcji Liturgii Kościoła każdy może podać wiele, zwłaszcza ci, którzy wyjeżdżają za chlebem na emigrację. One niepokoją i bolą, ranią nas.
Nie tu jednak jest problem, a w tym, czym dla mnie jest moja wiara, Krzyż, kim jest dla mnie Jezus i msza święta.

Długo unikałam zdjęć makabrycznych zbrodni popełnianych na chrześcijanach i wyznawcach innych religii, one są ponad ludzką miarę, a oglądanie ich wymaga silnego charakteru. To nie thriller , a rzeczywistość, wobec której musimy opowiedzieć się i podjąć trud oceny i zmiany własnego życia.
Po ludzku krzyże wpisane na dłonie zabijanych Koptów nie przyniosły zwycięstwa, lecz śmierć. Diabeł cieszy się – Pod tym znakiem to ja zwyciężyłem! Wreszcie pokonałem znienawidzony krzyż i co mi zrobicie!
A jednak nie przewidział, że obraz Ich męczeńskiej śmierci dotrze do nas, a dla wielu będzie dowodem, że nie ma innego znaku, jak Chrystusowy krzyż, pod którym można zwyciężyć. In hoc signo vinces.

Zapraszam do słuchania:

audycja 609 (czwartkowa)

]]>
http://niepoprawneradio.pl/?feed=rss2&p=10326 0
Groza ’44 http://niepoprawneradio.pl/?p=9329 http://niepoprawneradio.pl/?p=9329#respond Sat, 04 Oct 2014 14:33:29 +0000 http://niepoprawneradio.pl/?p=9329

Komasa dokonał w kinie rzeczy porównywalnej z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie.

Miasto 44 - 400px

I. Bez znieczulenia

Rzadko zdarza się, by film zostawił mnie wbitego w kinowy fotel z pustką w głowie, niczym po ciosie obuchem. Ostatni raz przytrafiło mi się coś podobnego chyba przy okazji „Pasji” Mela Gibsona. „Miasto 44” Jana Komasy jest bowiem obrazem skondensowanej grozy – intensywnym, wręcz wyciskającym powietrze z płuc, co zresztą miałem możność zaobserwować na przykładzie widowni. Ludzie – jak to w kinie – przed seansem zachowujący się dość swobodnie, po jego zakończeniu wychodzili w głuchym milczeniu, jakby stłamszeni, przygnieceni dopiero co zobaczonym pandemonium.

Ten film nie tyle oglądamy, co współuczestniczymy w nim, niczym w koszmarnej wędrówce po piekle. Tym bardziej przytłaczającej, że skonfrontowanej z optymizmem sprzed Powstania i pierwszego okresu po jego wybuchu, gdy wydawało się, że walka potrwa kilka dni – w sam raz tyle, by na wyzwolonych obszarach miasta powitać w charakterze gospodarzy wkraczających Sowietów, traktując ich zarazem – wedle przytoczonego w filmie rozkazu – z dystansem, jako „sojuszników naszych sojuszników”. Komasa nie roztrząsa tu racji za i przeciw Powstaniu, nie proponuje nam ani dzieła podniośle patriotycznego, ani krytycznego w duchu obecnej „zychowszczyzny”. On nam Powstanie po prostu pokazuje z całą towarzyszącą mu paletą skrajnych emocji, ze strachem, okrucieństwem i poświęceniem, z najniższymi ale też i najwyższymi ludzkimi instynktami. Piorunująca mieszanka, podkreślona sposobem narracji w wyniku której otrzymujemy swoisty trans w którym pogrążają się zarówno bohaterowie, jak i podążający za nimi widz.

II. Podróż po piekle

Co ciekawe, dzięki losom głównych bohaterów możemy wejść w tamte dni niejako w dwóch różnych rolach – zarówno żołnierza jak i cywila. Główny bohater, Stefan, opiekujący się młodszym, kilkuletnim bratem i histeryczną matką, wdową po polskim oficerze, do konspiracji zostaje wciągnięty właściwie przypadkiem. Po wybuchu walk, gdy zostaje ranny, zwyczajnie dezerteruje i ucieka z powrotem do rodziny, której jednak w zdewastowanym mieszkaniu nie zastaje. Rankiem, z okna opustoszałej kamienicy widzi egzekucję jej mieszkańców – w tym matki i brata. To, połączone z odniesioną raną i szokiem pola walki powoduje, że pogrąża się w stuporze. W ślad za nim oddział opuszcza zakochana w Stefanie druga główna postać filmu – „Biedronka” i wyrusza na poszukiwanie chłopaka. Przez długi czas zatem oglądamy Powstanie oczyma nie tylko cywilów, ale wręcz dezerterów, którzy powstańcze opaski bądź to chowają, bądź wyciągają, w zależności od tego, co jest bardziej przydatne w przedzieraniu się przez kolejne dzielnice. To wtedy widzimy krwawy deszcz szczątków ludzkich po wybuchu czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego, wtedy również przechodzimy horror wędrówki kanałami ze Starówki do Śródmieścia (genialna scena z atakiem klaustrofobii), którymi „Biedronka” holuje pogrążonego w odrętwieniu Stefana. Mało tu wojennego heroizmu, za to dużo prawdy o ludzkiej kondycji i poświęceniu dla drugiego człowieka.

Na wojenny heroizm przyjdzie zresztą czas, gdy Stefan wraca do oddziału, by uczestniczyć już do końca w jego gehennie, aż do końcowych scen walk na Czerniakowie. Jedna uwaga – skoro pokazano desant berlingowców, zresztą zgodnie z historyczną prawdą przedstawiając ich jako ludzkie mięso rzucone na rzeź bez elementarnego przeszkolenia w walce miejskiej, to aż prosiło się, by z drugiej strony przypomnieć choćby fragmentarycznie alianckie zrzuty i widok płonącego miasta z punktu widzenia kołującego nad Warszawą „Liberatora”. Z relacji lotników – nie nowicjuszy przecież – wiadomo, że był to iście apokaliptyczny pejzaż, nieusuwalny do końca życia z pamięci. Ten ujęty całościowo ogrom zniszczeń widzimy dopiero w ostatniej scenie, gdy Stefan po wybiciu jego oddziału i ucieczce z Czerniakowa obserwuje z wiślanej łachy konającą w płomieniach Warszawę, następnie zaś widok przechodzi płynnie w perspektywę współczesnej stolicy, rozjarzonej blaskiem latarń, neonów, biurowców, samochodów – zgrabna klamra przypominająca nam o niezłomnym mieście, które nie pozwoliło się zabić.

W całym filmie reżyser nie szczędzi nam licznych obrazów okrucieństw i zniszczenia, tragedii powstańczych szpitali, piwnic ze zdesperowanymi mieszkańcami, nie pozostawiając zarazem wątpliwości co do bestialstwa Niemców. Godne zauważenia w dobie zamazywania win, odpowiedzialności, przetrącania proporcji i zrzucania zbrodni na anonimowych „nazistów”. Tu Niemcy są Niemcami, Polacy Polakami, Żydzi – Żydami (jeden z uwolnionych Żydów dołącza do oddziału „Kobry” w którym walczy Stefan i do końca zachowuje opaskę z gwiazdą Dawida) – bez relatywizowania i niedomówień. W sam raz do sprzedania Niemcom w rewanżu za „Nasze matki, naszych ojców”. No i może polskie ambasady będą miały co wyświetlać w miejsce „Pokłosia”. „Miasto 44” to produkt eksportowy w najlepszym gatunku.

III. Trans obrazu

Nie sposób nie odnotować oszałamiającej warstwy wizualnej dzieła Komasy. W końcu doczekaliśmy się reżysera sprawnie poruszającego się w nowoczesnych technikach narracji. Poetyka niektórych scen przypomina dokonania choćby Zacka Snydera („Watchmen”, „300”). Warto zwrócić uwagę zarówno na odrealnione, poetycko ujęte sceny miłosne, jak i na obronę kamienicy na Czerniakowie zrealizowaną w konwencji gry typu First-person shooter (mnie skojarzyła się np. z sekwencjami stalingradzkimi z pierwszej części „Call of Duty” – zwłaszcza z obroną Domu Pawłowa, kto grał, ten wie, kto nie grał… niech zagra :). A jeśli ktoś narzeka na zbyt „teledyskową” formułę filmu, niech sobie przypomni chociażby przeraźliwie drętwą, nudną „piłę”, jaką był „Katyń” Wajdy, który swym filmem najprawdopodobniej „zamordował” temat sowieckiej zbrodni na lata. Albo nawet – jak to mawiają zawodowi krytycy filmowi – „akademickiego” „Pianistę” Romana Polańskiego. Ja wybieram Komasę. Czy film będzie podobał się wszystkim? Z pewnością nie i to z różnych względów. Jednym będzie brakowało patriotycznego patosu, drugich porazi okrucieństwo, jeszcze innych odrzuci „matrixowa” estetyka. Niemniej Komasa dokonał istotnego przełomu w sposobie opowiadania o historii – moim zdaniem uczynił w kinie rzecz porównywalną z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie, gdzie do niedawna królowały wyfroterowane parkiety i kapcie. To popkultura kształtuje dziś masowe postawy – rozumieli to twórcy MPW, rozumie i Komasa.

No i – wreszcie mamy polski film, w którym efekty specjalne nie wywołują swą pokracznością śmiechu, bądź uczucia zażenowania. Niezależnie od dużego jak polskie warunki budżetu, Komasa po prostu wie jak nimi operować i do czego służą. Czuć tu różnicę pokoleniową i odpowiedni warsztat. Zaletą są również „nieopatrzone” twarze aktorów i brak wpadek obsadowych, czego nie ustrzegł się np. Jerzy Hoffman w swej „Bitwie Warszawskiej” – Natasza Urbańska za ckm-em i wszystko jasne…

Powrócę na koniec do wspomnianych wcześniej FPS-owych scen z Czerniakowa. Teraz czekam na porządną grę komputerową o Powstaniu. To aż niewiarygodne, że notująca niebagatelne osiągnięcia polska branża gier do tej pory nie wypuściła porządnego shootera w powstańczych realiach (pominę litościwym milczeniem projekt „Uprising 44”). Jeśli nawet „branża” ideologicznie jest skolonizowana przez narrację „Wyborczej”, to argumentem powinny być choćby pieniądze jakie na takiej grze można zarobić. Nie wierzę, że można zrobić grę o Dzikim Zachodzie („Call of Juarez”), a o Powstaniu Warszawskim się nie da. Tak więc powtórzę – czekam!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (29.09-05.10.2014)

]]>
http://niepoprawneradio.pl/?feed=rss2&p=9329 0